Zalecenia rządu są jasne - przede wszystkim #zostanwdomu. Wyjście po zakupy jest dozwolone, ale rekomenduje się robić je jak najrzadziej i zaopatrywać się we wszystkie niezbędne produkty w jednym sklepie, dla bezpieczeństwa nas samych, pozostałych klientów oraz personelu sklepów. Zbliżają się święta, ale nawet w tych trudnych okolicznościach większość polskich rodzin decyduje się na większe zakupy. Do wyboru mamy z jednej strony lokalne sklepy, z drugiej natomiast dyskont/sieć handlową, bo bazarki w wielu miejscach czasowo zamknięto. W pierwszym przypadku bardzo szybko okazuje się, że zdobycie wszystkich produktów z listy wymaga odwiedzenia dwóch, trzech a czasami większej liczby sklepów bez gwarancji pełnego sukcesu. Zostaje więc opcja sieci handlowej. Polskich sieci nie ma twojej okolicy? W mojej wybór ogranicza się do sklepu z pożytecznym owadem zjadającym mszyce w logo lub tego z promocjami i parkingiem ram pam pam pam... Jako ogrodnicy stawiamy na entomofaga. Tu kolejny dylemat - ruszyć z samego rana? A może lepiej tuż po 12.00 kiedy sklep opuszczą seniorzy? Wybór pada jednak na późny wieczór wszak godziny pracy sklepu są wydłużone. Przed wejściem obowiązkowo czekamy w kolejce na wózek - w pełnym ekwipunku z rękawiczkami, maseczką i sprejem dezynfekującym w kieszeni, zachowując przepisowy dystans innych klientów. Za nami szybko przybywa chętnych do zrobienia zakupów. Po odczekaniu pół godziny wchodzimy do sklepu nowym szlakiem wzdłuż kas i dalej między regały próbując ulokować w koszyku cokolwiek z listy - oczywiście papierowej, żeby nie dotykać w czasie zakupów telefonu - patrząc na nią znad maseczki. Zadaniem nadrzędnym jest omijanie innych klientów w bezpiecznej odległości - chociaż ostatnie badania nad koronawirusem wskazują na to, że wystarczy jedno kichnięcie lub kaszlnięcie zakażonego, aby rozpylić chmurę wirusów na odległość ośmiu metrów! Może to być nawet klient w sąsiedniej alejce!
źródło: https://portal.abczdrowie.pl/ Model zakłada rozprzestrzenianie się chmury wirusów w supermarkecie. Okazuje się, że nawet jeśli chory robi zakupy w alejce obok, ale odkaszlnie, chmura wirusów bez przeszkód rozprzestrzeni się aż na 8 metrów!
Mimo, że liczba klientów w sklepie jest ograniczona liczbą wózków wyliczonych przez personel - trudno zachować przepisowy dystans - największy tłok tradycyjnie przed świętami jest na działach z nabiałem i warzywami. W efekcie lawirując między paletą z towarem i rozpakowującą go pracownicą sklepu a innymi osobami robiącymi zakupy pakujemy na warzywniaku do wózka to co jest, nie patrząc na etykiety, próbując przy tym nie wpaść na nikogo i wyjść ze sklepu jak najszybciej. Priorytetem jest własne bezpieczeństwo, pamiętamy też o kolejce ludzi czekających na koszyk przed wejściem. O tym skąd pochodził towar dowiadujemy się rozpakowując zakupy - oczywiście o ile sprzedawane były w opakowaniach a nie luzem. W efekcie okazuje się, że warzyw i owoców z Polski jest mniej niż zazwyczaj....
Gdyby na półkach sklepów leżało więcej polskich produktów realizacja apelu o patriotyzm konsumencki, nawet w przedświątecznym tłoku byłaby dużo prostsza...


